W marcu 2025 roku regionem wstrząsnęła wiadomość, której nikt nie chciał przyjąć do wiadomości: firma Asprod, meblowy filar powiatu strzyżowskiego, ogłosiła upadłość. Dziś, z perspektywy czasu, widać wyraźnie, że nie był to tylko koniec przedsiębiorstwa, ale potężny cios w serce lokalnej społeczności.
Asprod nie był zwykłym zakładem. Przez ponad siedem dekad meble produkowane w Strzyżowie i Frysztaku trafiały na najbardziej wymagające rynki – od Skandynawii (współpraca z IKEA), przez Europę Zachodnią, aż po USA. Wydawało się, że firma z takim doświadczeniem i portfelem zamówień jest „zbyt duża, by upaść”.
Rzeczywistość okazała się jednak inna. Rosnące koszty energii, zmiany na rynku globalnym i – co najbardziej bolesne dla załogi – błędy w zarządzaniu doprowadziły do zapaści finansowej.
Największym kosztem upadku Asprodu nie są maszyny czy budynki, ale stracone miejsca pracy. Według oficjalnych danych, pracę straciły 152 osoby. W skali powiatu strzyżowskiego, gdzie rynek pracy jest ograniczony, to skala wręcz katastrofalna.
Warunki, w jakich pracownicy żegnali się z zakładem, były dramatyczne:
Upadek Asprodu wywołał efekt domina, który wciąż jest odczuwalny w 2026 roku:
Obszar wpływuSkutekGospodarka lokalnaNagły wzrost bezrobocia o ponad 150 osób w krótkim czasie obciążył budżet powiatu.MigracjaCzęść młodszych specjalistów, tracąc nadzieję na pracę w regionie, zdecydowała się na wyjazd do Rzeszowa lub za granicę.Zaufanie społeczneUpadek tak stabilnej firmy podważył zaufanie mieszkańców do dużych pracodawców w regionie.
Eksportuj do Arkuszy
Pracownicy Asprodu nie poddali się bez walki. Pokojowe protesty, wnioski do Prokuratury i Państwowej Inspekcji Pracy stały się symbolem walki o elementarną sprawiedliwość. Starosta strzyżowski oraz Powiatowy Urząd Pracy podjęły szereg działań interwencyjnych, oferując programy przekwalifikowania i wsparcie finansowe z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.
Choć puste hale we Frysztaku i Strzyżowie straszą, region próbuje się podnieść. Kluczowym wyzwaniem dla samorządu pozostaje przyciągnięcie inwestora, który wykorzystałby potencjał wykwalifikowanej kadry meblarskiej, która została na lodzie. Historia Asprodu to bolesna lekcja o tym, jak krucha potrafi być stabilność gospodarcza i jak ważne jest szybkie reagowanie instytucji państwowych na sygnały o problemach wewnątrz zakładów pracy.
Dziś przy ulicy Mostowej w Strzyżowie i w sercu Frysztaka nie słychać już ryku maszyn. Hale, które przez dziesięciolecia były „karmiącą matką” dla setek rodzin, stoją dziś ciche, otoczone tabliczkami z napisem „Teren pod nadzorem syndyka”. To etap, w którym emocje ustąpiły miejsca suchym wycenom rzeczoznawców.
Upadek Asprodu wszedł w najtrudniejszą dla lokalnej społeczności fazę – fazę wyczekiwania. Podczas gdy byli pracownicy w większości znaleźli już zajęcie w innych zakładach (często kosztem dalekich dojazdów do Rzeszowa czy Krosna), same budynki stały się „gorącym kartoflem”.
Dla syndyka priorytetem jest zaspokojenie wierzycieli. To oznacza, że hale zostaną sprzedane temu, kto zapłaci najwięcej i najszybciej. Lokalni samorządowcy z niepokojem patrzą na ten proces, bojąc się, że zamiast nowego zakładu produkcyjnego, który dałby stabilne miejsca pracy, w miejscu dawnego meblowego giganta wyrosną kolejne markety lub magazyny, które zatrudnią jedynie ułamek dawnej załogi.
W styczniu 2026 roku pytanie nie brzmi już: „Czy Asprod wróci?”, bo odpowiedź brzmi: „Nie”. Pytanie brzmi: „Co wyrośnie na jego gruzach?”. Walka o to, by te tereny pozostały przemysłowym sercem powiatu, wciąż trwa, ale karty rozdaje teraz rynek, a nie tradycja.
Dodaj komentarz